środa, 8 listopada 2017

Philips Miniblender HR2895/00 | #kolekcjonerwitamin | TESTOWANIE z trnd.pl

Trochę czasu minęło od ostatniego testu, ale wracam! :) 
Z nową nazwą, nowymi testami, nową energią.
Dziś test blendera.



Znacie trnd.pl? To społeczność, która skupia testerów i znane marki. Dzięki nim mam przyjemność przez 23 dni testować nowy Miniblender Phillips. Ciekawi jesteście, jak się sprawdził? 

Zacznijmy od wyglądu. Wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, więc powiem tylko, że mi się podoba. Lubię taki prosty design, który nie 'świeci' kolorem. Można go śmiało postawić na blacie w kuchni, bez obaw, że będzie szpecił nam wystrój. Jest mały, poręczny, czego chcieć więcej?


Czy spełnia swoją funkcję? Zdecydowanie tak! Miniblender ma za zadanie pomóc nam w tworzeniu zdrowych miksów z owoców i warzyw. Działanie ma dość proste, bez żadnej większej filozofii. Do pojemnika wrzucamy, co chcemy, zakładamy ostrze, odwracamy i jednym przyciskiem miksujemy. Proste? Nawet bardzo. Jedynym minusem jest to, że kiedy jest 'zbyt gęsto', czyli jeśli chcemy zmiksować coś twardszego, pojawia się problem. Ostrze jest na dole, więc kawałki, znajdujące się u góry nie mają kontaktu z ostrzem, a co za tym idzie nie miksują się, bo są zablokowane przez to, co na dole. Jak z tego wybrnąć? Odkręcamy pojemnik, potrząsamy, żeby zawartość się przemieszała, po czym montujemy i miksujemy dalej. Drugi sposób, to dodać tam trochę więcej płynu (soku, wody), powinno pomóc. 


Sama budowa blendera jest bardzo dobrze pomyślana. Ostrze jest wyjmowane, co znacznie ułatwia utrzymanie urządzenia w czystości. Jednym ruchem dłoni odkręcamy ostrze i gotowe. 


Chyba najlepszą z funkcji tego miniblendera jest bidon OnTheGo. To nic innego, jak pojemnik, w którym miksujemy koktajl. Po zmiksowaniu wystarczy go odkręcić, założyć wieczko i mamy zdrowy miks w estetycznym bidonie, który możemy zabrać wszędzie. Tego jeszcze nie widziałam.


Pewnie zastanawiacie się, ile trzeba zapłacić za taką przyjemność. Z tego, co zdążyłam się zorientować, ceny zaczynają się od ok. 250zł. Wiadomo, że już za kilkadziesiąt złotych możemy kupić najzwyklejszy blender ręczny, ale tutaj cena idzie w parze z jakością, Mogę śmiało polecić Miniblender Phillips, szkoda, że dostałam go tylko na 23 dni.

Moja ocena: 9/10

FACEBOOK: Justestka
INSTAGRAM: justestka


wtorek, 8 września 2015

WILD WILLY BEEF JERKY - RĘCZNIE ROBIONA SUSZONA WOŁOWINA

W mięsnym świecie nie jestem ekspertem.
Do wołowiny byłam raczej źle nastawiona. Raczej rzadko sięgałam po nią z własnej woli.
Kojarzyłam ją do tej pory raczej z trudnym do przygotowania mięsem.
Pierwszy raz spotkałam się z suszoną wołowiną.
Podobno kiedyś ludzie jadali ją częściej i jest to produkt poniekąd zapomniany.


 Samo opakowanie mnie osobiście zachęca.
Uwielbiam taki klimat, wydaje mi się, że ostatnio jest nawet modny :)
Skojarzył mi się z testowanymi kiedyś batonami.
Opakowanie to moim zdaniem połowa sukcesu, ale równie ważna jest jakość produktu.
Szczególnie, kiedy mamy do czynienia z mięsem. 


Skład zasługuje na dużą pochwałę!
Same naturalne składniki (podane również te, z których zrobiona jest marynata!).
Każde 100 gram produktu zrobione jest z 300 gram mięsa, więc na bogato :)
Przy 65g białka w 100g, tylko 5g tłuszczu - bardzo fit!
Coś dla osób dbających o dietę, ale warto spróbować dla samego smaku...


Smak jest dość specyficzny, pikantny, pieprzny i intensywny.
Spodziewałam się zupełnie czegoś innego, ale Wild Willy zaskoczył mnie pozytywnie!
Kompozycja przypraw zupełnie odbiega od smaku wołowiny, jaką do tej pory jadłam.
Jest dużo lepsza, bardzo wyrazista, czuć lekko sos sojowy.
Jeszcze przed spróbowaniem poczułam bardzo przyjemny mocny mięsny zapach.
Plasterki są chrupiące, bardzo cienkie, co jest dla mnie niewiarygodne.
Kto i jak pokroił tak cienko mięso? Zaznaczam, że produkt jest ręcznie robiony.

Suszona wołowina Wild Willy to coś, czego trzeba spróbować!
Wygląda apetycznie, pachnie interesująco, smakuje wyśmienicie.
Moją opinię potwierdzają 3 inne osoby, więc coś w tym musi być :)


Brawo Wild Willy! 100% satysfakcji :)
Coś nowego, wartościowego, a przede wszystkim smacznego!

10/10 za smak i jakość.

Produkty możecie kupić TUTAJ

SNAPCHAT: justestblog
FACEBOOK: Justest
INSTAGRAM: justestblog

sobota, 29 sierpnia 2015

SŁODKI KUBEK FRUGO - KISIEL NA ZIMNO Z ŻELKAMI

Niby kisiel, niby nic nowego... mnóstwo jest tego na sklepowych półkach.
Jest jeden mały szczegół, który spowodował, że postanowiłam przetestować go tutaj.
Nie chodzi o smak kultowego Frugo, choć to też ciekawa opcja.
'Kisiel na zimno' - to coś nowego, wartego uwagi.
 Pierwszy raz spotkałam się z tego typu produktem, który można przyrządzić na zimno.
Do tego mega kwaśne żelki, które uwielbiam, więc czemu nie spróbować?


Przygotowanie nie należało do najtrudniejszych.
Klasycznie - wystarczyło wsypać zawartość torebki do kubka i zalać wodą.
Z tą małą różnicą, że nie musiał być to wrzątek.
Nie zawsze mamy dostęp do gorącej wody, więc tą cechę zapisuję na plus!


Spodziewałam się sztucznych kolorów, widać po składzie...
nie to jest jednak najważniejsze, liczy się przede wszystkim smak.
Szczerze mówiąc, nie smakuje to zbyt dobrze...
Czuć zdecydowanie sztuczny smak, a na zimno proszek nie rozpuścił się na tyle, żeby stworzyć gładką masę...
Całość jakoś nie gra - konsystencja słaba, smak sztuczny.
Cała nadzieja była w kwaśnych żelkach.
I tutaj też słabo - mimo, że zgodnie z obietnicą były kwaśne, to niestety twarde jak kamień, fuj.
Cudów się nie spodziewałam, ale aż takiej klapy nie przewidywałam...


Tego produktu nie polecam.
Może warto sięgnąć po inny kisiel w kubku?

3/10

środa, 19 sierpnia 2015

BULIONETKI KNORR - ESENCJE DO SOSÓW [TEST]

Jakiś czas temu Knorr na swojej stronie organizował akcję, w której można było za darmo zamówić bulionetki do przetestowania.
Oczywiście nie zmarnowałam takiej okazji.
Uwielbiam nowości, więc z czystej ciekawości spróbowałam.
Przyznam, że nie było szału - stwierdziłam, że to nic specjalnego...
Po jakimś czasie otrzymałam od firmy Knorr propozycję przetestowania bulionetek do duszonych warzyw.
A skoro uwielbiam warzywne dania, dałam esencjom jeszcze jedną szansę.


Niestety zgubiłam gdzieś papierowe opakowanie, a została mi tylko jedna bulionetka do warzyw.
Ma zdecydowanie jaśniejszy kolor niż te do sosów pieczeniowych, czy mięs.
W małym, plastikowym pudełeczku znajduje się galaretowaty 'sos'.
Brzmi dziwnie, tak też wygląda, ale najważniejsze że działa.

Zaczynając od początku...
relację z gotowania mogliście zobaczyć na moim SNAPCHACIE: justestblog
Producent podał na opakowaniu przepis, więc nie było tak źle :)
Wystarczyło pokroić ulubione warzywa, wrzucić na patelnię, dodać bulionetkę i po sprawie!
Powiem szczerze, że taki prosty produkt bardzo ułatwia gotowanie.
W szczególności, kiedy brakuje nam czasu na skomplikowane dania.


Kluczową rolę odgrywa jak zawsze smak.
Tutaj nie spodziewałam się cudów po wersji do mięs... ale Knorr miło mnie zaskoczył :)
Bulionetka do duszonych warzyw ma zdecydowanie przyjemny smak.
Ja użyłam esencji jako sosu - rozpuściłam ją w odrobinie wody i dodałam do warzyw.
Myślę, że mogłaby się sprawdzić się jako klasyczny bulion.
Może całość wyszła odrobinę zbyt słona, ale to kwestia proporcji.
Bez wątpienia smak duszonych warzyw został wyraźnie podkreślony, dzięki esencji.
Co ważne, nie potrzebowałam żadnych innych przypraw.


 Jak każdy uwielbiam niespodzianki, a Knorr taką właśnie dla mnie przygotował.
Dostałam książkę kucharską, którą mogę sama napisać.
To bardzo miłe! Dziękuję!
Z pewnością zapiszę całą! : )


Wiadomo, że bulionetki nie należą do najzdrowszych, ale raz na jakiś czas można sobie ułatwić życie :)
Polecam spróbować!


środa, 5 sierpnia 2015

LECH FREE - LIMONKA Z MIĘTĄ [TEST]

W tym roku podobno mamy najgorętsze lato od kilkunastu lat...
do tego najbliższy weekend ma być upalnym apogeum :) 
Mi to jak najbardziej odpowiada, uwielbiam wygrzewać się na słońcu, popijając zimne piwo.
Przy takich temperaturach nie warto jednak ryzykować z procentami.
Dlatego też ostatnio pierwszy raz zainwestowałam w piwo bezalkoholowe.
Skusił mnie przede wszystkim niespotykany smak - limonka z miętą, i oczywiście fakt, że uwielbiam nowości.


Szczerze mówiąc nie spodziewałam się cudów...
raczej wyobrażałam sobie smak soczku limonkowego z miętą.
Większość piwoszy z pewnością tak też nazwałaby nowego Lecha, jednak ten jest wersją free.
Czy aby na pewno? 
Czytając skład, moją uwagę zwróciła jedna rzecz: 'alkohol poniżej 0,5%'
Czyli jednak jakiś % jest, jednak znikomy.


Reszta składu standardowo... słód jęczmienny, cukier, chmiel.
Wyglądem nie różni się od tradycyjnego jasnego piwa.
Dostępny jest w butelce lub puszce - obie wersje mają pojemność 330ml, i kosztują ok 2,80zł.
Pieni się dość mocno, ale krótko. Pachnie 'piwnie', ale jednak mniej intensywnie.
Podejrzewam, że gdyby trochę wylało się przypadkiem na dywan, nie byłoby problemu z pozbyciem się zapachu.


Najważniejszy, a zarazem najlepszy jest smak!
Trochę podobny do popularnych ostatnio radlerów, ale przyjemnie przełamany miętą.
Jest dość delikatny, raczej słodki niż kwaśny, ale lekka kwaśna nuta też gdzieś się pojawia.
Co ciekawe, w smaku wyczuwalne jest piwo!
Gdybym nie wiedziała, że to wersja bezalkoholowa, pomyślałabym, że ma jakieś 2-3%.


To zdecydowanie 'kobieca' edycja.
I gdyby Lech miał te procenty, stałby się moim ulubieńcem.
Mimo to, uważam, że na upały powyżej 30 stopni jest idealny!
Z pewnością kupię go jeszcze nie raz...

Dla mnie smakowo 10/10, jednak cena mogłaby być niższa.



wtorek, 28 lipca 2015

TWIX WHITE & TWIX CAPPUCCINO - TEST

W tym tygodniu zdecydowanie jest słodko.
Mimo, że bardzo chciałam przetestować Chrunchips Cheeseburger, ktoś perfidnie wykupił mi je sprzed nosa...
Musiałam się czymś pocieszyć, padło na Twix'y :)
Dwa nowe smaki - Chppuccino i White - oba zapowiadają się ciekawie.


Bardzo lubię Twixa, zaraz po Snickersie jest moim ulubionym.
Karmel w towarzystwie kruchego ciasteczka gra tutaj pierwsze skrzypce.
Połączenie z białą czekoladą wdawało mi się interesujące... i jest!
Baton wydaje się dużo słodszy od klasycznego. 
Smak białej czekolady dominuje, a przy tym świetnie współgra z karmelem.
Sama czekolada jest bardzo dobrej jakości, a to bardzo ważne.
Szczerze mówiąc, jeżeli miałabym wybierać pomiędzy klasycznym Twixem, a tym White, wybieram ten drugi.


A co z Cappuccino? 
Myślałam, że po białej wersji nic już mnie nie zaskoczy.
Jeśli ktoś z Was próbował czekolady Schogetten o smaku tiramisu, będzie wiedział o jaki smak chodzi.
Wyraźny, ale subtelny aromat i posmak kawy...
Wyczuwalne nuty deseru tiramisu bardzo przypadły mi do gustu.
Twix Cappuccino nie jest przy tym przesłodzony, co często się zdarza.
Dla mnie idealny! Lepszy od klasyka :)


Właściwie oprócz czekolady w obu przypadkach nic się nie zmieniło... a jednak zmieniło się wiele.
To zupełnie inne smaki, tylko trochę kojarzą się z klasycznym Twixem.
Dla mnie to duży plus! Zwłaszcza, że na rynku dostępnych jest mnóstwo podobnych do siebie batonów. A po co powielać oklepane smaki?
Z dzisiejszego duetu wybieram Cappuccino! 

Oba mogę śmiało ocenić na 10!

FOLLOW ME:
FACEBOOK | INSTAGRAM | SNAPCHAT: justestblog

czwartek, 23 lipca 2015

ASTOR SEDUCTION CODES N°2 [OFEMININ] - TEST

Już drugi raz udało mi się zostać ekspertką w Klubie Ekspertek Ofeminin.
Za pierwszym razem miałam okazję prztestować emulsję miceralną Cetaphil, jadnak okazała się porażką.
Tym razem coś, o czym warto napisać - maskara Astor Seduction Codes N°2 ;)

Mówiłam już o tej maskarze na SNAPCHACIE (justestblog).
Wtajemniczeni wiedzą, jakie były moje pierwsze wrażenia.
Po kilku dniach testowania mogę podzielić się z Wami pełną opinią tutaj.


Na portalu Ofeminin możemy przeczytać: 
"Idealnie czarne i podkręcone rzęsy to marzenie wielu kobiet. Teraz już nie musisz tracić czasu na podkręcanie rzęs zalotką, dzięki maskarze SEDUCTION CODES N°2 uzyskasz efekt podkręconych rzęs w kilka sekund. W jedną chwilę uzyskasz efekt sztucznych rzęs!
Specjalnie wyprofilowana szczoteczka, podkręca rzęsy i dokładnie rozprowadza na nich tusz, dzięki czemu nie musisz martwić się o grudki czy posklejane rzęsy."

hmm... ciekawe :)


Do tej pory nie przywiązywałam dużej wagi do tuszu do rzęs.
Każdy działał na mnie praktycznie tak samo - wydłużał moje rzęsy, lekko podkreślał i nic więcej.
Nigdy nie narzekam na ich długość, a raczej na objętość... i to właśnie to powinna mieć dla mnie dobra maskara.
Na opakowaniu widnieje napis Volume & Curve, więc oczekiwałam maksymalnego pogrubienia i podkręcenia.
Nie zawiodłam się. Może efekt, który daje Astor nie jest taki, jak sztuczne rzęsy, ale sprawdza się bardzo dobrze!
Robi to, co powinien robić dobry tusz do rzęs.


Kluczową rolę, jak zwykle odgrywa szczoteczka.
Istnieje mnóstwo różnych rodzajów - tutaj mamy grubą, wygiętą szczotę.
Takie 'grubasy' zawsze mnie odstraszały.
Chyba już od kilku lat używałam wyłącznie tych silikonowych i nie mogłam się przekonać do innych.
Nie wiem, czy to kwestia samej maskary, czy właśnie szczoteczki, ale rozprowadza się szybko i sprawnie.
Bez grudek, bez sklejonych rzęs - bez problemów :)
Jestem na prawdę pozytywnie zaskoczona. 
Może tylko cena trochę odstrasza - średnio ok. 30zł za sztukę.
Niestety, z kosmetykami często bywa tak, że cena robi jakość.
W tym przypadku zdecydowanie tak jest.
Dobrze, że maskarę kupujemy średnio raz na kilka miesięcy...
Polecam spróbować wszystkim kosmetykomaniaczkom :)

Moja ogólna ocena to 8/10


P.S - piszcie w komentarzach, co warto przetestować!

FOLLOW ME:

INSTAGRAM | FACEBOOK | SNAPCHAT: justestblog

poniedziałek, 13 lipca 2015

BACON CLUBHOUSE + CHIPSY ZIEMNIACZANE [McDonalds]


Dziś powrót do serii fastfood'owej :)
Nie wiem, dlaczego, ale to właśnie tego typu testy lubicie najbardziej.
Nie ukrywam, że sama jestem zwykle ich bardzo ciekawa.
Trudno było nie spróbować nowości w McDonald;'s - kanapek z serii CLUBHOUSE.


Kanapki dostępne są w dwóch wersjach - z wołowiną i kurczakiem.
Trochę smutne, że różnią się tylko mięsną wkładką. 
Reszta jest bez zmian - dokładnie te same dodatki, czyli bekon, sałata, plaster sera, pomidora i cebula. No cóż...

W ramach obiadu zamówiłyśmy z siostrą zestawy - każdy z inną kanapką.
W wersji powiększonej (niestety w klasycznej nie) można zamówić nowość - chipsy z sosem śmietanowym zamiast frytek.
Uznałyśmy to za ciekawe urozmaicenie i coś wartego spróbowania.
Dodatkowo teraz do każdego zestawu powiększonego otrzymujemy gratis szklankę :)

Na zamówienie czekałyśmy kilkanaście minut, aż wreszcie mogłyśmy przystąpić do testu.


Po ostatnim rozczarowaniu w KFC i niemiłych wspomnieniach w McDonald's, nie oczekiwałam zbyt wiele...
Jednak dawno żadna fastfoodowa sieciówka nie zaskoczyła mnie tak pozytywnie.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to rozmiar.
Kanapki są zdecydowanie większe niż standardowe (a co za tym idzie, niestety droższe).
Większych w McDonald's chyba jeszcze nie było... przynajmniej ja nie próbowałam.
Moim zdaniem 13zł za kanapkę, to mimo wszystko zbyt wysoka cena.
Czy warto? 


Smakiem bronią się obie wersje.
To klasyczne burgery z dodatkiem (bardzo słonego) bekonu.
Właściwie nic nadzwyczajnego, ale stworzyć dobrą klasykę, to też wyczyn.
Dla mnie za mało sosu... ale w McDonald's to standard.
Bułka dokładnie taka, jak w cheesburgerze.
szczerze mówiąc wolałabym jakąś ciekawszą... ale niech będzie.
To McDonald's, a nie Subway, więc nie ma wyboru.
Całość fajnie połączona z warzywami - moim zdaniem czerwona cebula odwala tutaj całą robotę.
Jest zdecydowanie dominująca, ale dla mnie jest to na plus.
Trochę szkoda, że to taki klasyk, chciałoby się czegoś nowego, niebanalnego...
 ale nie ma co narzekać, bo burgery nie dość, że duże, to jeszcze smaczne.
Przyznam, że nie mogłam zjeść swojej porcji do końca... ze względu na rozmiar.
Tak więc zestaw idealny dla głodomorów!

Pomijając kanapki, które są ok, warto zwrócić uwagę na nowość - chipsy ziemniaczane.
Tutaj McDonalds ma dużego plusa! Dawno żadna nowość nie zaskoczyła mnie tak pozytywnie.
Zdecydowanie lepsza opcja, niż frytki! 
Ziemniaki są krojone nieco grubiej, niż normalne chipsy, a mimo to chrupią niesamowicie.
Smakują lepiej niż frytki - są bardziej spieczone i kruche.
Do tego sos śmietanowy bardzo fajnie podkreśla ich smak.
Cena: 5,90 zł (dość wysoka, ale warto)


Podsumowując... wreszcie jakiś plus dla sieciówkowych fastfoodów!
McDonalds tym razem się postarał.
Porcje duże (ceny też :D), ale za to smaczne.
I pierwszy raz od dawna nie było mi żal wydanych pieniędzy.

Całość oceniam na 9/10!

FACEBOOK | INSTAGRAM | Snapchat: justestblog

czwartek, 9 lipca 2015

TESTOWANIE ZE STREETCOM - KETCHUP MIEDZYCHÓD

Wspominałam ostatnio na facebooku o udziale w nowej kampanii Streetcom.
Tym razem testowanie dotyczy ketchupu.
To produkt, którego używa chyba każdy - szczególnie latem, kiedy częściej grillujemy.


Już z zewnątrz, paczka wyglądała zachęcająco.
W środku znalazłam 8 słoiczków z ketchupem łagodnym i drugie tyle z pikantnym.
Akurat pakowałam się na weekendowy wypad w góry, więc zabrałam do testowania oba smaki.


Ketchup zniknął w mgnieniu oka. Smakował nie tylko mi, ale wszystkim, którzy go próbowali!
Miedzychód ma wyraźny pomidorowo-warzywny smak.
Pomidory czuć w konsystencji, ketchup jest gęstą i zwartą masą.
Nie jest to zwykła rozwodniona pomidorowopodobna papka, a prawdziwy ketchup.
Bardzo podobny do tego domowego, który kilka razy przyrządzałam.
Jeżeli miałabym wybrać pomiędzy łagodnym, a pikantnym - wybieram ten drugi.
Nie jest bardzo ostry, a lekko pikantny, idealny.
Łagodny ma bardzo przyjemny, słodki posmak.
Jestem skłonna też uwierzyć w to, że rzeczywiście nie zawiera konserwantów.

Skład też ma bardzo dobry: pomidory (158g na 100g produktu), woda, warzywa (marchew, seler, cebula - 21,4%), 
cukier, ocet spirytusowy 10%, skrobia modyfikowana, sól, przyprawy.



Moje pierwsze wrażanie? Pycha! Międzychód nadaje się do wszystkiego. 
Pasuje do pizzy, do kanapek, do grilla, czy jako dodatek do mięs, a nawet baza do marynaty.
Dla mnie smakiem przebija mój ulubiony dotąd ketchup Pudliszki.
Skład też ma o niebo lepszy!

Polecam wszystkim, do wszystkiego :)

ZAPRASZAM DO OBSERWOWANIA:

FACEBOOK | INSTAGRAM | Snapchat: justestblog

poniedziałek, 29 czerwca 2015

OWSIANKI MOKATE - ZDROWY POSIŁEK?

Po ostatnim fastfoodowym teście przyszedł czas na coś zdrowszego.
Tym razem w moje ręce wpadły owsianki firmy MOKATE.
Do tej pory kojarzyłam tą markę raczej z kawą, dlatego takie przekąski wydały mi się czymś nowym.
Nie jestem pewna od kiedy są na rynku, ja spotkałam je pierwszy raz.


W Netto udało mi się kupić dwa smaki - jabłko z cynamonem i truskawkę.
Wiem, że istnieje jeszcze wersja z rodzynkami. 50g kosztuje niecałe 2 zł.
Kilka dni zbierałam się do testu, nie przepadam za owsianką - dla mnie jest bez smaku.
Pomyślałam, że może MOKATE mnie zaskoczy.
Właściwie miałam racje, zupełnie inaczej zapamiętałam smak tradycyjnej owsianki.


Owsiankę można przyrządzić na dwa sposoby - z wodą lub mlekiem.
Ja zdecydowałam się na mleko, żeby było bardziej pożywnie :)
Po zalaniu płatków, kolejne miłe zaskoczenie - zrobiły się miękkie dosłownie w minutę.
Od razu czuć też słodki zapach, choć trochę chemiczny.

 Jabłko z cynamonem - duży plus za wyrazisty smak, mały minus za zbyt dużo słodyczy.
Truskawka bardzo dobra - również dość słodka, ale jest do uratowania (wystarczy dolać więcej płynu).
Fajne jest to, że w obu wariantach w środku są kawałki owoców i smakują na prawdę dobrze!
Nie są twarde, ani gumowe, dla mnie bardzo ok.


Skład pozostawia wiele do życzenia.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie można było wrzucić do pudełka po prostu płatków i suszonych owoców?
No, może z jakąś słodką przyprawą.
Po co te wszystkie dziwne dodatki?
 Jestem pewna, że to niestety im zawdzięczamy wyrazisty smak.
Szkoda, że produkt nie jest bardziej naturalny, mniej chemiczny.


Tabela wartości odżywczych pokazuje, że owsianka ma w sobie sporo cukru i tłuszczu.
W związku z tym coś, co wydaje nam się zdrowym posiłkiem, niestety nim nie jest.
Jednak mimo to, smak jest na duży plus!
Dla kogoś, kto nie jest fanem zdrowego odżywiania, a raczej lubi smakować nowości - polecam!

Dla mnie 8/10

BĄDŹCIE NA BIEŻĄCO:
INSTAGRAM | FACEBOOK
SNAPCHAT: justestblog

niedziela, 21 czerwca 2015

ORIENTALNY TWISTER Z KFC - [TEST]

Dawno nie było testu sieciówkowych fast food'ów. 
Rzadko jadam w KFC, nie wiem dlaczego częściej wybieram McDonald's.
A przecież Kentucky Fried Chicken serwuje takie smaczne kurczakowe kąski!
Wczoraj skusiły mnie orientalne smaki w KFC. Do testu, a jednocześnie jako swój obiad wybrałam Orientalnego Twistera.
Na zdjęciu oczywiście prezentował się wyśmienicie!


Sałata, ogórek, chrupiący, orientalny kurczak w sosie teriyaki - czego chcieć więcej?
Wyobrażałam go sobie w rozmiarach porównywalnych do tortilli z McDonald's, niestety twister z KFC jest mniejszy.
Nie chciałam narzekać, w końcu nie jem aż tak dużo, więc powinien wystarczyć ;)
Odpakowałam folię i... nastąpiło wielkie rozczarowanie.


Dlaczego z mojego Twistera nie wystaje sałata i kurczak, a zaledwie dwa marne kawałki ogórka?
Dlaczego mój Twister nie rozchyla się ku górze i wygląda tak biednie?
Hmm... może gdyby załoga wiedziała, że czeka go sesja zdjęciowa, postarałaby się bardziej.
Niestety. Bez porównania do tego ze zdjęcia.
Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że to co na zdjęciu znacznie odbiega od rzeczywistości.
Ale żeby aż tak? 


Przed spożyciem postanowiłam rozwinąć Twistera, żeby przekonać się co ma w środku.
Serio? Szczerze mówiąc, to chyba jakiś żart...
Kilka plasterków ogórka, sałaty praktycznie brak, no i kurczak - jedyne, co w tym zestawie dawało jakiekolwiek nadzieje na dobry smak. 
Do tego trochę pora, co akurat jest na plus.
Przyznajcie sami, że za niecałe 11zł za tortillę, zawartość jest żenująca.
I stało się jasne, dlaczego z zewnątrz wygląd był zastanawiający - w środku prawie nic nie ma!


Tak jak ludzi, smaku też staram się nie oceniać po okładce.
Byłam głodna, więc chcąc nie chcąc zaczęłam konsumować zestaw.
Pierwszy gryz przyniósł kolejne rozczarowanie - ciasto.
Suche, twarde, zupełnie inne niż sobie wyobrażałam.
Kiedyś zdarzyło mi się jeść klasycznego twistera w KFC, i mam wrażenie, że wtedy placek był dużo lepszy.
Widocznie ten jest specjalny, orientalny? Dla mnie porażka.
Tak, jak się spodziewałam - całość nie zasługuje na pochwały.
Czułam się jakbym jadła zwykłego kurczaka z KFC z dodatkiem orientalnego sosu, zawiniętego w placek.
Tak też przecież było, jednak trochę więcej dodatków nie zaszkodziłoby, a wręcz mogłoby pomóc!
Sam kurczak był bardzo smaczny, sos również, ale mam wrażenie, że mogłabym zjeść go bez towarzystwa ciepłego ogórka (wtf?), który był okropny.


Orientalnego Twistera oceniam na 2/10!
Nie kupię go ponownie, jednak ten sam kurczak występuje też w kubełkach lub solo i myślę, że tej wersji będzie zdecydowanie lepszy.
Twister to moim zdaniem bieda na bogato.